Pożegnanie Oscara Niemeyera - wykład prof. Wojciecha Kosińskiego


 
18 kwietnia 2013 (czwartek), godz. 18.00
Galeria Architektury SARP
Kraków, Plac Szczepański 6 

 

Od przyjścia na świat (1907) do odejścia w zaświaty (2012), był przez niemal 105 lat przysłowiowym dzieckiem szczęścia, przy czym owego szczęścia głównie przysporzył sobie osobiście. Jednak prawdopodobnie rodzicielskie geny, a zapewne rodzicielska klasa i kultura, dopomogły mu w osiągnięciu doskonałości. Nie bez powodu szeroko podziwiane są walory wielokulturowości. Nasz genialny bohater, dzięki ojcu - pochodzącemu z tradycjonalistycznej niemieckiej inteligencji,... uzyskał zapewne swoją klarowność myśli, pracowitość, konsekwencję i wynikającą z niej skuteczność. Dzięki matce Brazylijce, której krewni piastowali najwyższe urzędy państwowe, najprawdopodobniej zdobył wrażliwość na naturę
i sztukę, a także błyskotliwą i śmiałą innowacyjność oraz południowy temperament.

Talent, a zwłaszcza geniusz nie są jednak cechami dziedzicznymi, ani nie można też przysłowiowo „wynieść ich z domu”. Oscar Niemeyer - od dzieciństwa czuły na rysunek i plastykę, rozwijał w sobie umiejętności, a motywacji oraz zapału do pracy i do samodoskonalenia nigdy mu nie brakowało. Klimaty:
i atmosferyczny, i ludzki jednego z najpiękniejszych miast świata – Rio – z którym był na zawsze związany mimo podróży po świecie, stymulowały jego ukierunkowane zainteresowania. Był o tyle młodszy od czołowych pionierów Ruchu Nowoczesnego – o 21 lat młodszy od Miesa, a o 20 lat młodszy od Corbusiera – że nie otarł się o historyzm na tyle, aby się choć w najmniejszym stopniu od niego uzależnić. Był więc od początku, na zawsze, absolutnym modernistą.

W swojej wcześniejszej architekturze: prostokreślnej, prostokątnej i prostopadłościennej, najprawdopodobniej wiele zawdzięczał Corbusierowi, z którym roboczo stykał się od 1937 roku. W dwadzieścia lat później, gdy gościł Corbusiera w Brasilii i z tarasu pokazywał mu epokowy zespół – bliźniacze smukłe wieżowce Zgromadzenia Narodowego o idealnych, apollińskich proporcjach, starszy mistrz rzekł do młodszego: „To wygląda dobrze!” (Ça semble bon!). Jednak od czasu budowy słynnego domu własnego na wspaniałym wzgórzu nad zatoką, zdeklarował się, że gdy nie ma potrzeby kreowania reprezentacyjności dla władzy, polityki i korporacji, woli formy swobodne. „Gdy moja ręka nie jest skrępowana, rysuję linie miękkie jak zatoki, w których pływamy i jak kobiety, które kochamy”.
Był jak mało który z wielkich architektów, przeważnie wolny w swojej twórczości, dzięki czemu stworzył setki budowli, a większość z nich ma cechy indywidualne i artystyczne. Traktował bardziej niż większość kolegów po fachu, swoją dyscyplinę jako ewidentne tworzenie dzieł sztuki, często przeplatając je z rzeźbą i grafiką elewacji, z wodą i zielenią. Dzięki temu formalnemu i kolorystycznemu bogactwu otoczenia, najczęściej decydował się na formy białe i lapidarne, niemal minimalistyczne, ale diametralnie różne od geometrii Corbusierowskich „podstawowych brył w świetle”. W tej białości był chyba najbardziej konsekwentny wśród wszystkich wielkich, bardziej niż nowojorscy „The Whites” i wspomniani minimaliści. Lubił czasem dodać „Małe czerwone szaleństwo”, zwłaszcza w późniejszym okresie, gdy przepłynęły obok niego „ekspresjonizujące” style schyłku XX wieku.
Pracował do samego końca; boska katedra w Belo Horizonte jest sygnowana już po ukończeniu 100 lat. Pozostawił imponujące dziedzictwo; jak Picasso i Strawiński na tyle charakterystyczne, indywidualne i osobiste, że nie tolerujące naśladownictwa, – ale idealne do motywacji i głębokiej, refleksyjnej, prawdziwie twórczej - inspiracji.

(Wojciech Kosiński)